Kumbh Mela to największy festiwal religijny na świecie, który odbywa się co 3 lata, ale co 12 lat ma miejsce jego największa edycja. To tutaj, w mieście Prayagraj (dawniej Allahabad), zbiegają się nurty trzech świętych rzek – Gangesu, Jamuny i mitycznej Saraswati. W miejscu tym, zwanym sangam, każdy hinduista pragnie dokonać ablucji, która zmyje z niego wszelkie grzechy.
Festiwal ten jest w praktyce ogromnym festynem. Wzdłuż rzek kilometrami ciągną się pątnicze wioski namiotów, którym towarzyszą stoiska z jedzeniem, sprzedawcy dewocjonaliów, wesołe miasteczka i mobilne aszramy. Kumbh Mela w 2025 r. trwała 8 tygodni, a przez ten czas Prayagraj nawiedziło podobno 450 mln ludzi. Na ten moment to jakaś 1/3 populacji Indii…

Nocleg w rytm bhadżanów
Od strony podróżniczej Kumbh Mela daje popalić. Rezerwacja byle jakiego noclegu graniczyła z cudem już na wiele miesięcy przed tym wydarzeniem. Ostatecznie udało się znaleźć pokój-celę z wątpliwej czystości pościelą, którego zakratowane okna wyglądały na ulicę biegnącą ku dworcowi kolejowemu. Sznytu dodawały żelazne drzwi na kłódę i współdzielona łazienka na końcu korytarza, z jednym kranem w ścianie. Wybór zły, ale jedyny dostępny. Podczas jednego z wieczorów poprzedzających datę kluczowego snanu (tak w hinduizmie nazywane są święte ablucje) na pobliskim skrzyżowaniu rozłożyły się mobilne punkty obsługi pielgrzymów. Ich pracownicy przez większość nocy przygotowywali darmową strawę dla tabunów spodziewanych gości. Wszystko w rytm transowej muzyki świątynno-bollywoodzkiej katowanej z przesterowanych megafonów tuż pod oknem. Poziom zanieczyszczenia hałasem – 11/10.
Pielgrzym na pielgrzymie
Lecz hinduskim pątnikom takie rzeczy nie straszne. Prawdziwa pielgrzymka nie ma w zasadzie dużo wspólnego z planowaniem, liczy się cel. Rodziny, grupy przyjaciół, a czasem wręcz całe klany czy wioski z najdalszych zakątków Indii po prostu znajdują dla siebie kawałek gruntu i rozkładają się tam z kocami i całym dobytkiem. Jeśli trzeba się ogrzać, to rozpalą ogień. Jak ktoś zgłodnieje, to punkty sprzedające pani puri nigdy nie są dalej, niż 5 minut marszu. Gdy zapada zmrok i ustają hałasy, ta pokryta kurzem i piaskiem, przylgnięta do siebie masa ludzka przypomina gromadę dżdżownic wijących się w wiadrze na zanęte, na które ktoś narzucił kolorową chustę – potężnych rozmiarów sari utkane we wszystkich barwach subkontynentu.


Esencja bezładu
Chaos wielkich świąt religijnych Indii zawsze jest trudny do opanowania. Można wręcz powiedzieć, że wypadki są wpisane w rozkład ich wydarzeń. Takich zajść nie brakowało też w 2025 r., zwłaszcza w poranki najświętszych snanów. Napierający na siebie tłum rozdzielał starców od wnuków, nadziewał ludzi na płoty i namioty, bez większej refleksji szturmował słabszych fizycznie. Tymczasowe mosty rzucone przez Ganges skrzeczały w posadach, a służby porządkowe, choć zaprzęgnięte w dużej ilości, zdawały się bezradne. I choć na pierwszy rzut oka obrazy te napawają zgrozą, to kryje się w nich jakaś esencja indyjskiej jaźni – bezkompromisowego kolektywizmu. Warto spojrzeć takim Indiom w oczy chociaż raz w życiu. Następna okazja ku temu już niedługo – w 2028 r. w Ujjain.
* powyższy tekst nie został wygenerowany przez AI, a zdjęcia nie pochodzą ze stocka 😉





